ADAM POPIEL PS.„ORKAN” 1921-2017.
Żołnierz wojennego podziemia,
ojciec, patriota, społecznik.
Według słów własnych i syna Krzysztofa.
Część I. Wywiad.
- Panie Adamie, jak wyglądała Pana młodość, bo z tego co wiem od najmłodszych lat

miał Pan kontakt z wojskiem?
– Urodziłem się w 1921 r. w Stryju. Jest to miejscowość na Kresach Południowo – Wschodnich.
Pierwsze 10 lat swojego życia spędziłem w Lubaczowie, gdzie mój ojciec był kapitanem kompanii
karabinów maszynowych w miejscowym 39 Pułku Piechoty Strzelców Lwowskich. Od najmłodszych lat
wychowywałem się na terenie koszar, chłonąc tamtejszą atmosferę. Już wtedy wiedziałem, że jako swój
przyszły zawód wybiorę służbę oficerską w Wojsku Polskim. Kiedy w 1931 r. mój ojciec przeszedł
na emeryturę, wyjechaliśmy z całą rodziną do Rawy Ruskiej, a stamtąd do Żółkwi.
Tam rozpocząłem naukę
w gimnazjum, a następnie przeniosłem się do Korpusu
Kadetów nr 1 we Lwowie – szkoły, która
przygotowywała do zawodowej
służby wojskowej. Maturę zdałem w maju 1939 roku

- Nadszedł wrzesień 1939 r. jakie były Pana ówczesne losy?
– Chciałem zostać oficerem lotnictwa jednak wybuch wojny przekreślił moje plany.
Bardzo szybko, bo tuż po zakończeniu wojny obronnej wstąpiłem do organizacji niepodległościowej
Służba Zwycięstwu Polsce i wraz z innymi zacząłem organizować siatkę konspiracyjną. Potem przeszedłem
do ZWZ. Na wschodzie przygotowywaliśmy się do walki z okupantem sowieckim. Na polach zbieraliśmy broń,
która pozostała po kampanii wrześniowej, organizowaliśmy szkolenia wojskowe. Po inwazji Niemców na
Związek Sowiecki zatrudniłem się w filii warsztatów naprawczych samochodów wojskowych HKP
(Heereskraftfahrpark) gdzie reperowałem silniki. Bardzo dobrze znałem język niemiecki.
Ta praca dawała tzw. silne papiery, co chroniło przed wywózką na roboty do Niemiec i poborem do
Służby Pracy.

- Jaki ta praca miała wpływ na Pana działalność konspiracyjną?
– Jak się z czasem okazało dość duży. Na terenie warsztatów znajdował się skład złomu,
gdzie zwożono zużyte części taboru motoryzacyjnego. Czasem można tam było znaleźć zniszczoną broń
lub jej elementy. Dzięki temu mieliśmy części do naprawy naszej broni. Kierowcy pojazdów zostawiający
swe wozy do remontu mieli obowiązek zabierania ze sobą broni i amunicji. Zwykle jednak tego nie robili,
toteż pozostawione granaty ręczne, amunicja karabinowa i pistoletowa zasilały nasze konspiracyjne zasoby.
Wynosiliśmy również z kolegami ropę i benzynę. Paliwa te były używane do produkcji butelek
samozapalających. Nigdy nie marnowaliśmy okazji, choć groziła
za to kara śmierci. Na ścianach warsztatów
wisiały plakaty, które informowały
dokładnie o tym, co się z nami stanie jeśli zostaniemy przyłapani na
kradzieży.

- Co działo się później?
– Na początku 1944 r. zostałem wyznaczony przez komendanta placówki na konspiracyjny kurs dywersyjny,
a następnie zostałem skierowany do pierwszej kompanii 19 pułku piechoty AK, która broniła polskiej wsi
Stanisłówka koło Mostów Wielkich przed napadami ukraińskich band UPA. Pełniłem funkcję celowniczego
karabinu maszynowego, który złożyłem z bratem z części wymontowanych ze zniszczonych czołgów sowieckich.
Gdy podczas kolejnego ataku UPA na początku kwietnia 1944 r. wieś została spalona, a jej mieszkańcy
ewakuowali się, mój oddział opuścił tą miejscowość kierując się w okolice Lwowa. Ja zostałem ranny
podczas walk w głowę i przebywałem w domu na przepustce. Nie miałem możliwości dołączenia do mojego
oddziału. Po jakimś czasie trafiłem w okolice Pilzna, gdzie nawiązałem kontakt z dowódcą miejscowego
plutonu dywersyjnego, który zaproponował mi objęcie dowództwa trzeciej drużyny. Po mobilizacji III
zgrupowania, w drugiej połowie lipca 1944 r. zaczęliśmy otwartą walkę z wrogiem w ramach akcji „Burza”.
Rozbrajanie posterunków policji granatowej i Bahnschutzu oraz przejęcie zrzutu z trzech samolotów
znacznie poprawiło nasze uzbrojenie, zwłaszcza w broń maszynową, amunicję i granaty przeciwpancerne.
Był to czas nieustających
potyczek z cofającymi się jednostkami niemieckimi.

- Przypomina sobie Pan najcięższe chwile podczas tych walk?
– Tak. O świcie 20 sierpnia Niemcy uderzyli na nas dwoma batalionami poprzedzając atak ostrzałem
artyleryjskim. Ciężkie walki trwały kilka godzin. Przerywała je tylko sowiecka artyleria.
Ataki nieprzyjaciela trwały jeszcze przez dwa dni, lecz silny niemiecki ostrzał zmusił nas do
opuszczenia obozu. Przenieśliśmy się w lasy Gołęczyny, podczas gdy linia frontu ustaliła się pod
Dębicą, a stanowiska artylerii niemieckiej rozlokowały się nad Wisłoką. Ludność cywilna została
wysiedlona z tych terenów, co spowodowało, że straciliśmy bazę aprowizacyjną. To, oraz zwiększona
ilość cofających się jednostek niemieckich, zmusiło dowódcę zgrupowania do częściowej demobilizacji.
Pozostali atakowali mniejsze odziały wroga oraz zakładali miny na drogach.
- W pierwszej połowie września 1944 r. nastąpiła dalsza demobilizacja, jak to wyglądało od strony
praktycznej i co Pan w tym czasie robił?

– Żołnierze przenikali małymi grupkami przez linie frontu, melinowali broń i przechodzili do powtórnej
konspiracji. W tej grupie znalazłem się i ja. Wróciłem do domu w Łękach Dolnych i tam zastało mnie w
styczniu 1945 r. tzw. „wyzwolenie”. Do Gliwic przyjechałem pod koniec czerwca 1945 r. Tutaj już wcześniej
przyjechał dowódca mojego plutonu i ściągnął mnie wraz z matką. Po miesiącu dojechał do nas mój ojciec
z siostrą. Część moich kolegów z AK również tutaj przyjechała.
- Czy marzenie o zostaniu pilotem się spełniło?
– Zapisałem się na kurs szybowcowy, który był organizowany w Grodźcu koło Będzina. Ukończyłem go,
a następnie pod koniec listopada 1945 r. zostałem przyjęty do Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie
i po przejściu badań lekarskich oraz egzaminu, skierowano mnie na kurs pilotażu podstawowego na
samolotach UT-2. Zostałem dość szybko awansowany do stopnia
kaprala podchorążego, a w połowie 1946 r.
otrzymałem rozkaz objęcia stanowiska dowódcy instruktora w plutonie strzelców samolotowych.
Uczestniczyłem w kursie aż do początku 1947 r.

- Co się stało na początku 1947 r.?
– Miejscowy oddział Informacji zatrzymał mnie
i przewiózł do Centrali. W czasie kursu przyjaźniłem się
z oficerem, który przekazał mi kilkukrotnie gazetkę WiN-u. Zdradzony przez kolegę został aresztowany
przez Główny Zarząd Informacji w Warszawie. Stało się dla mnie jasne, że podczas prowadzonych dochodzeń
wyszły na jaw moje kontakty z aresztowanym oficerem. Grożono mi ośmioma latami więzienia, lecz po około
trzech tygodniach odesłano do Dęblina z zalakowaną kopertą, którą polecono oddać oficerowi miejscowego
oddziału Informacji. Ten, po przeczytaniu pisma kazał mi zameldować się w ciągu kilku dni u oficera
Informacji w sztabie szkoły po godzinie 22:00, tak by nikt
z moich kolegów tego nie widział. Na trzeci
dzień wieczorem, przekazałem zaufanemu koledze kluczyki do mojej szafki z prośbą, by w razie zatrzymania
mnie wyjął odłożone rzeczy osobiste i ukrył w gruzach zwalonego budynku. Zgodnie z poleceniem
zameldowałem się u oficera Informacji. Ten kazał mi napisać swój życiorys i podać na końcu przyczyny
zatrzymania. Następnie oznajmił, że podyktuje mi deklarację. Na mój sprzeciw odpowiedział, że jeśli
nie zachcę skorzystać z tej drogi rehabilitacji, to nie będę musiał jej podpisywać. Miałem się zgodzić
na wykrywanie wrogich elementów wśród podchorążych i oficerów, składając co 10 dni pisemne raporty
podpisywane wybranym pseudonimem. Dał mi 5 minut do namysłu i wyszedł. Gdy po powrocie zobaczył na stole
wciąż nie podpisaną deklarację, wrzucił ją ze złością do kosza, polecając napisanie mi zobowiązania o
zachowaniu w tajemnicy tej rozmowy. Podpisałem ją. Pod koniec lutego kurs pilotażu został przerwany,
a
uczestnikom zaproponowano przeniesienie do innych szkół. Mnie jednak
nie interesowały inne szkoły,
skorzystałem więc z demobilizacji rocznika 1921
i wróciłem do domu w Gliwicach.

- Jak wyglądał Pana powrót do życia w cywilu?
– Zaczęły się próby znalezienia pracy, które zwykle kończyły się fiaskiem, ponieważ na pytanie o
przynależność partyjną odpowiadałem: nie należałem i nie należę do partii. Ciągle jeszcze nosiłem
wojskowy płaszcz i polową czapkę rogatywkę. Podejmowałem się różnych prac dorywczych aby przetrwać.
W lutym 1948 r. Urząd Zatrudnienia skierował mnie do Hutniczego Instytutu Badawczego. Tu również pytali
mnie o przynależność partyjną, przyjęli mnie tylko dlatego, że nie było innych kandydatów.
Pracowałem
tam jako pomocnik ślusarza.
Z czasem jednak, dzięki dobrej opinii przełożonego i pomimo negatywnego
podejścia do partii zostałem przeniesiony na stanowisko pracownika umysłowego. Moja postawa polityczna
nigdy nie uległa zmianie, co powodowało, że byłem pomijany w awansach i nagrodach. Tak dotrwałem do
1956 r. kiedy nastąpiła tzw. odwilż.
- Kiedy się Pan przyznał do udziału w wojnie jako żołnierz AK?
– W 1958 r., wtedy też wstąpiłem do Związku Bojowników o Wolność i Demokrację.

- W tym okresie nawiązał Pan też pierwszą współpracę z Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie?
– Tak, jako znawca uzbrojenia i militariów odpowiedziałem na apel Muzeum Wojska Polskiego. Ta współpraca
trwa właściwie do dziś. Od 1985 roku współpracuje również z Muzeum w Gliwicach przy organizowaniu
różnych ekspozycji, które jednak zawsze dotyczyły II wojny światowej. Najlepiej pamiętam wystawę z
2009 r. pt.”O wolność
i Niepodległość SZP-ZWZ-AK 1939-1945”, której kuratorem był Damian Recław.
Była to jedna z największych wystaw jaką się nam udało zrobić. Teraz mamy rok 2014, kolejna rocznica
wybuchu
II wojny światowej i kolejna „superprodukcja” we współpracy z naszym muzeum. Wystawa pt.
„Wojna polsko – niemiecka 1939-1945. Czas okupacji,
konspiracji i otwartej walki z wrogiem” jest w
trakcie realizacji, a jej otwarcie ma nastąpić w samo południe 31 sierpnia w Willi Caro. Mam nadzieje,
że i ta wystawa przyciągnie rzesze ludzi, którzy interesują się historią żywą i prawdziwą, opowiedzianą
przez uczestnika tych tragicznych wydarzeń.
- Jest Pan człowiekiem bardzo aktywnym: społecznikiem, autorem książek, działaczem organizacji
kombatanckich…
– Społecznie udzielałem się w Lidze Przyjaciół Żołnierza, Aeroklubie Gliwickim oraz w Klubie Strzeleckim
AZS przy Politechnice Śląskiej. W latach siedemdziesiątych podjąłem się opracowania książki o lotnikach
polskich poległych w okresie 1933-1939. Książka ukazała się drukiem w 1987 r. Podczas zbierania
materiałów
odnalazłem na terenie kraju 24 bezimienne mogiły lotnicze, zbierałem dokumentację na ten
temat i wystąpiłem z wnioskiem by na grobach tych postawiono pomniki.
Jeden z nich został zrealizowany
na Cmentarzu Centralnym w Gliwicach w 2002 r.
W 1980 r. przeszedłem na emeryturę, miałem więc więcej
czasu i tak w ciągu 10 lat powstały następujące opracowania: „Uzbrojenie lotnictwa polskiego 1918-1939”,
„Walki III zgrupowania AK na Ziemi Pilzneńskiej”, oraz
„Korpus Kadetów nr 1 1918-1939”.
- Dziękuję za rozmowę.
( Rozmawiała Sonia Ogaza z Muzeum w Gliwicach ).
Część II. Refleksja syna.
To tyle faktów o Adamie Popielu - żołnierzu, gorącym patriocie, społeczniku i nieugiętym nauczycielu
niezakłamanej historii, którą zresztą sam współtworzył. Prywatnie Adam Popiel to Mąż, Ojciec i Dziadek.
Nie mam cienia wątpliwości, że Ojciec był człowiekiem kryształowo uczciwym. Ojciec jako człowiek
rzeczowy, konkretny, posiadający dogłębną wiedzę na tematy, które go interesowały mocno się irytował
dyletanctwem, bylejakością i jak sam to nazywał nieuctwem. Od najmłodszych lat potrafił narzucić sobie
dyscyplinę i w nieugięty sposób trwać przy zasadach wpojonych mu przez rodziców i środowisko
przedwojennych oficerów, dla których priorytetem
był Bóg, Honor i Ojczyzna.
Ta samodyscyplina
przejawiała się na przykład w codziennym hartowaniu ciała zimną wodą podczas porannej toalety. Idąc przez
życie nie przywiązywał zupełnie wagi do świata materialnego. Mimo niezłej sytuacji finansowej, którą
zapewniło mu 50 lat pracy zawodowej był człowiekiem skromnym. Przejawiało się to szacunkiem do
przedmiotów. Wielokrotnie reperował swój portfel czy rękawiczki, niechętnie rozstawał się ze schodzonymi
butami. Lubił by przedmioty służyły mu tak długo jak tylko się da. Potrafił pochylić się nad każdym
potrzebującym pomocy człowiekiem - bezdomnym, ciężko chorym czy dzieckiem. Pamiętam z jaką dumą
opowiadał jak w latach 60-tych zaprosił obcego, głodnego człowieka do domu, któremu osobiście
przyrządził jajecznicę.
Ojciec bardzo lubił zwierzęta, bez względu na pogodę chodził dokarmiać bezdomne koty.
Mój Tato nigdy nie zabiegał o zaszczyty i sławę, nie pchał się do pierwszych szeregów, choć kiedy życie
wymagało od Niego odpowiedzialności
brał sprawy w swoje ręce.
Ojciec odnajdywał się również w kuchni. Jego specjały to domowy chleb, który wspólnie piekliśmy,
pieczony schab i wódka podawana na ciepło tzw. przepalanka. Przysmaki te znane są od dziesięcioleci w
naszej rodzinie i stanowią podstawę świątecznego stołu.
15 stycznia o godzinie 9.30 w swoim mieszkaniu odszedł do
domu Pana nasz Ojciec
i Dziadek i co dla mnie jest najbardziej istotne przed śmiercią został zaopatrzony Świętymi Sakramentami.
Wierzę, że jeśli i ja dotrzymam
wierności Panu Bogu Miłosiernemu
i Miłującemu to w nowej rzeczywistości
odpowiesz mi Tato na pytania, których nie zdążyłem Ci zadać.
Żegnaj Tato - syn Krzysztof
Gliwice, styczeń 2017 w pierwszych dniach żałoby