13.05.2017. Byliśmy w Muzeum u Erwina.
Byliśmy w Wilczej niedaleko Gliwic. Zostaliśmy zaproszeni, więc pojechaliśmy.
Do miejsca zupełnie innego. Do miejsca, które jest

lokalnym ośrodkiem lokalnej kultury. Gdzie zbierają się ludzie i są goszczeni według staropolskiej zasady: Gość w dom Bóg w dom.
Jest to również i nasza, starośląska zasada,
więc czuliśmy się tam jak w domu.

Otrzymaliśmy wejściówkę, a po wejściu po kreplu
i szolce tyju abo kowy. Gospodarz, jak sam to opisał okazał się chorobliwym
kolekcjonerem staroci,
które znoszą mu różni ludzie, a on je gromadzi
i pokazuje innym.
Są to autentyczne „artefaksy”;
żelazka z duszą, hełmy strażackie
i wojskowe, maselnice, skarbonki, mundury, radia,
meble, święte obrazy, rogi jelenie, naczynia kuchenne, filiżanki, paski do spodni, wózki dziecięce ... itd. itd. itd...
W programie wieczoru były wystąpienia lokalnych entuzjastów lokalnej historii. Szperaczy, czytaczy, wścibskich analityków co kiedy
gdzie jest, było, mogło być.

Przyszli powiedzieć co myślą,
pokazać co mają, jeden taki był nawet
ze starym Mercedesem.
Nie brakło hanysów ani goroli, ich i naszych. Chybionych stwierdzeń i dysonansów faktografii. Ale było. Po naszymu.
Byliśmy poruszeni, zaciekawieni a czasem zażenowani. Ale taka jest ta nasza śląska rzeczywistość.
Na koniec jednak należy stwierdzić, że ogólnopolska akcja otwierania podwojów muzeów dla zainteresowanych ich tajemnicami
raz w roku za darmo jest ze wszech miar pożyteczna. A my mogliśmy powiedzieć dumnie: - Byliśmy w Muzeum u Erwina. Do nocy.